piątek, 9 sierpnia 2013

Seboradin, Balsam regenerujący

Źródło:
www.seboradin.pl

"Zawiera korzeń żeń-szenia, który pobudza włosy do odrostu, odżywia, energizuje, dotlenia skórę głowy i włosy. Działa regenerująco i tonizująco. Ekstrakt z czarnej rzodkwi wzmacnia włosy, stymuluje je do wzrostu, zapobiega wypadaniu, łamaniu się włosów. Witaminy, mikroelementy, olejek rycynowy, olej jojoba pielęgnują, odżywiają, nawilżają, nadają gładkość, połysk na całej długości włosów. Balsam ułatwia rozczesywanie włosów. Stosowany systematycznie przez okres min. 2-3 tyg. sprawia, że włosy są zregenerowane, odżywione, nawilżone, lśniące i miękkie. Odzyskują zdrowie i piękny wygląd. Preparat zawiera naturalne antyoksydanty zawarte w ekstraktach ziołowych."

Mój ukochany balsam, dzięki któremu mam zapewniony good hair day. ;) Uwielbiam używać go na co dzień, świetnie ujarzmia moje baby hair i malutkie włoski na linii czoła i przy lewym zakolu, gdzie mam niesforny wicherek i przedziałek. Producent zaleca trzymać go na włosach 3-5 min., ale czasem zdarzy mi się przetrzymać ten czas nawet do 30 minut. Mam cichą nadzieję, że wówczas więcej dobroczynnych składników ma szansę wniknąć w głąb włosa. :)

Włosy jak wypadały tak wypadają, niestety na to balsam nie pomógł, ale kupiłam go po to, aby nawilżał i wygładzał. I tutaj sprawuje się świetnie. Już podczas spłukiwania czuć zmianę w strukturze włosów. Po wyschnięciu rzeczywiście są mięciutkie, gładkie i nawilżone. Nie chciało mi się wierzyć w efekt wow, zanim nie przekonałam się na własnej skórze, że Seboradin regenerujący działa cuda. :D

Pachnie delikatnie, ziołowo, według mnie przyjemnie. Na moich włosach zapach utrzymuje się nawet do kilku godzin po użyciu, ale bardzo go lubię. Jedyne do czego mogę się przyczepić to okropna butelka, z której trudno wycisnąć balsam nawet wtedy, kiedy jest go pełno. ^^"

Co jakiś czas lubię wracać do tego produktu, bo jest naprawdę bardzo dobry i co najważniejsze - działa. Spełnia swoje dwa najważniesze (według mnie) obietnice - nawilża i wygładza włosy.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Krem BB - Skinfood, Good Afternoon Apple Cinnamon


Apple Cinnamon od Skinfooda to mój drugi BB, który kupiłam w pełnowymiarowym opakowaniu. Według mnie jego dwa największe atuty to śliczne opakowanie i słodki zapach przypominający gumę do żucia. :) Wybrałam odcień #1, ponieważ zawsze cierpiałam na syndrom źle dobranego podkładu, który niby był jasny, ale po zaaplikowaniu na twarz przybierał formę pomarańczowej, ciemnej maski, która odznaczała się od szyi i reszty ciała. Jak się potem okazało #1 był strzałem w dziesiąkę. :D Jest to jasny beż z żółtymi tonami, który wygląda naturalnie na mojej twarzy.


Na mojej tłustej cerze sprawdził się dobrze, lepiej niż zwykłe, "nasze" podkłady. Wyszłam z założenia, że na moją cerę żadne matujące produkty nie działają i prędzej czy później zaczyna się ona nieładnie świecić i poprawki w ciągu dnia są po prostu niezbędne. Wzięłam więc BB rozjaśniający i nie żałuję. :) Zaraz po nałożeniu koloryt jest wyrównany, cera jest mięciutka, jasna, promienna... same ochy i achy. :D Bardzo dobrze kryje niewielkie przebarwienia i krostki, wygładza rozszerzone pory, lecz z większymi, czerwonymi wypryskami sobie nie poradzi. Mogę jednak stwierdzić, że dla mnie krycie jest zadawalające. W ciągu dnia oczywiście się ściera, ale całkiem sporo zostaje go do wieczora.

Najważniejszą zaletą tego BB jest to, że nie zapycha mojej cery skłonnej do zanieczyszeń. Po niektórych produktach potrafię mieć wysyp zaskórników zamkniętych, które mogę częściowo usunać poprzez wizytę u kosmetyczki. W przypadku Apple Cinnamon nic takiego się nie dzieje, ale może być to też zasługa zmywania makijażu olejkami i następnie mydełkiem Aleppo.


Mam jasną karnację o ciepłym odcieniu, także #1 naprawdę mi pasuje, czego nie mogę powiedzieć o Mizonie, który jest wręcz... biały. ^^ Chociaż również posiada żółte tony, jak Apple Cinnamon.

Jak na razie jestem bardzo zadowolona z mojego pierwszego produktu Good Afternoon i na pewno będę polowała na jakieś inne kremiki z tej serii. :D

sobota, 3 sierpnia 2013

Ginvera, Whitening Marvel Gel

Usuwa martwe komórki skóry, zaskórniki otwarte, zwęża pory, rozjaśnia przebarwienia i blizny, ogranicza przetłuszczanie się skóry, rozjaśnia cerę i wyrównuje jej koloryt, wygładza... Producent obiecuje wieeele, jak jest naprawdę z wybielającym żelem z Ginvery? ;)

Muszę powiedzieć, że jak na kosmetyk z Azji, cenowo nie jest źle. Spotkałam się z wieloma produktami, które miały mniejszą objętość, a trzeba było za nie zapłacić o wiele więcej niż w przypadku żelu Ginvery. Kosztuje około 50zł za 60 ml, więc całkiem przyzwoicie, zwłaszcza, że opakowanie wystarczyło mi na około dwa miesiące codziennego używania.

I teraz najważniejsze pytanie, czy działa... ;) Z czystym sercem mogę stwierdzić, że tak! Po dwóch miesiącach stosowania cera naprawdę jest jaśniejsza, a właśnie w tym celu kupiłam Ginverę. Budzę się rano i nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo jest gładka, promienna i wypoczęta. :) Co do usuwania zaskórników mogę powiedzieć, że mój nosek robi się coraz bardziej gładki i "czysty".

Używałam żelu jako codziennego peelingu enzymatycznego, po oczyszczeniu skóry masuję nim twarz przez około minutę i zmywam wodą. Po takim zabiegu skóra jest mięciutka, delikatna, wygładzona i gotowa na nałożenie jakiejś maseczki lub kremu. Starałam się stosować Ginverę tylko raz na dzień, ale efekt zaraz po był taki świetny, że bywały tygodnie, kiedy używałam jej rano i wieczorem. :D Fakt ten wpływa na jej korzyść, jest bardzo wydajna.

Nie jestem natomiast pewna tego, czy pomaga pozbyć się przebarwień. Blizn nie posiadam, a przebarwienia zawsze w końcu mi schodziły, nie cierpiałam jakoś za bardzo z tego powodu. Ale myślę, że skoro ogólnie moja cera stała się jaśniejsza, żel ma także wpływ na redukcję przebarwień, bądź ich szybsze pozbycie się.

Regulacja wydzielania sebum... Od okresu dojrzewania mam problem z błyszczeniem się twarzy, od paru miesięcy udało mi się je zredukować (ale problem nadal jest), jednak wątpię, aby Ginvera się do tego przyczyniła. ;)

Nieco sceptycznie podchodzę do pomysłu, że zrolowane "paprochy" to martwy naskórek. Mimo to koncepcja jest ciekawa i w pewnym stopniu widowiskowa. :D Pod wpływem kontaktu ze skórą żel zamienia się w malutkie paprochy.


Muszę też wspomnieć o cudownym zapachu, który mimo tego, że jest delilkatny i subtelny, pachnie prawdziwą zieloną herbatą. Ekstrakt z jej liści jest na początku składu, co bardzo się chwali.

Na pewno kupię ponownie, ale nie w najbliższym czasie, ponieważ pełno jest azjatyckich kosmetyków, na które mam chrapkę. ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...